Mój labrador: Kaja
Suczka urodziła się:
04/09/2007
Wiek: 79 Dołączył: 28 Mar 2008 Posty: 351 Skąd: Lublin
Wysłany: 20-10-2008, 21:23
Kończę już "myśliwską" część opisu szkolenia Kaji w tym temacie, chociaż na polowania będę jeszcze wyjeżdżał, aby nauczyć Kaję szukania, dławienia i przynoszenia postrzałków (na razie tzw."pióra" - czyli ptaków łownych). Specjalnie okaleczać bowiem ptaków nie chcę, by Kaja je dobijała, co innego postrzałki w trakcie polowania... Inne zwierzęta łowne zostawiam na przyszły sezon.. O tym ze względu na drastyczność tematu nie będę pisał.
Tutaj opiszę naukę Kaji wykonywania komend z zakresu psa - pomocnika. Chodzi o komendy "Weź"(lub "Trzymaj"), "Puść" (lub "Zostaw"). Są to bardzo pożyteczne komendy, które uczą psa noszenia przedmiotów w kufie, nawet na długie dystanse (np.kilometr, dwa kilometry). Uczyłem Kaję podobnie jak Foksia, z tym że Kaja nauczyła się się trzy razy szybciej i duuużo łatwiej. Ten sposób mogę polecić w stosunku do psów co najmniej 8- miesięcznych (co do młodszych, nie jestem pewien). Swoim zwyczajem naukę zacząłem na dworze i bez "smaczków". Za podstawę przyjąłem przeogromną chęć Kaji do aportowania, utrwaloną od szczeniaka przez zabawy i tysiące aportów przyniesionych w wieku "młodzieńczym". Po prostu pewnego pięknego dnia, z namaszczeniem, wybrałem piękny patyk dębowy i wracając ze spaceru (jak zwykle: wąwóz-ścieżka-las) niosłem go przez cały czas w ręku, pomimo prób Kaji wyrwania mi go z ręki. Tak nim "operowałem", że znajdował się zawsze blisko pyska Kaji. To bardzo ją stresowało i ciągle próbowała patyka mi zabrać. Ale zabraniałem jej głośnym "Kaja nie!". Przy wyjściu z wąwozu, w odpowiednim miejscu patyk ostentacyjnie, na oczach Kaji schowałem w wysokiej trawie i mówiąc zwyczajowe "Idziemy do domu", zakończyłem spacer-szkolenie. Na drugi dzień spacer zacząłem od odnalezienia patyka i zacząłem go odtąd używać jako specjalnego aportu (drogocennej własności pańcia). Co pewien czas dawałem Kaji polecenie "Siad" i podtykałem jej tego patyka pod nos, następnie zabierając go mówiąc "Kaja nie". Kaja próbowała uchwycić patyka do mordy. Na zdjęciu Kaja siedzi i patrzy pożądliwie na patyka:
Gdy z jakiś względów Kaja patyka nie znalazła lub nie przyniosła, za każdym razem sam szedłem i przynosiłem sobie ten aport. Już trzeciego dnia przy siadzie Kaji podsunąłem jej znanego patyka do mordy i znienacka powiedziałem "Weź", dając jej aport. Kaja podświadomie patyka chwyciła do mordy, powiedziałem jej "Biegaj" i Kaja ciesząc się wyraźnie pobiegała sobie długą chwilę z "cennym" patyczkiem. Po chwili go położyła na ziemi i sama siadła w oddaleniu, prosząc o rzut aportu. (Kaja jest nauczona, że gdy chce czegoś ode mnie, to zawsze siada i patrzy mi w oczy, inaczej wszelkie jej "prośby" ignoruję). Uzyskałem taki efekt, zawsze uprzednio dając jej komendę "Siad", gdy coś dla niej robiłem przyjemnego: zdejmowałem kantarek, odpinałem ją ze świdra, ze smyczy, dawałem papu na ziemię itp. Czasem prowadzi to do takiego "dialogu". Kaja idzie w kantarku przy wózku (gdyż za bardzo ciągnęła). W pewnym momencie szarpie na bok. Wiem, że chodzi o "Qpę". Odwiązuję ją od wózka i odchodzę na trawkę. Kaja siada jak wryta i nie daje sie zachęcić do działania. Patrzy na mnie. Już wiem! Odpinam ją z kantarka i "przepinam" na zwykła obrożę. I Kaja za chwilę kręci się w kółko i robi co trzeba!! Za chwilę znów ją przepinam na kantarek!! Takich przykładów mógłbym podać wiele..
Gdy więc Kaja siedząc poprosiła mnie o rzucenie jej tego patyka jako aportu, rzuciłem go jej. Wychodząc z lasu patyka odebrałem i wziąłem do ręki prowadząc Kaję mówiąc zwyczajowo "Idziemy do domu". W drodze Kaję posadziłem i dałem jej patyka mówiąc "Weź". Kaja wzięła go do kufy i poniosła kilkanaście metrów. Wypuściła go na ziemię. Ja go podniosłem i już do końca drogi patyka nie dostała.. Po tygodniu takich ćwiczeń Kaja niosła już "tego" patyka przez całą drogę, zarówno do lasu, jak i z lasu do domu:
Potem wprowadziłem "utrudnienia". Kazałem Kaji siadać w trakcie niesienia:
Potem kazałem Kaji przenosić patyk przez tory:
Nauczenie komendy "Puść" było już proste: po przyjściu do miejsca, w którym chowałem patyka, posadziłem ją i powiedziałem do niej "Puść" jednocześnie zabierając jej ten aport. Kaja natychmiast go "wypluła", ja go nie złapałem i patyk wylądował na ziemi. Ponownie dałem Kaji komendę "Weź" (Kaja chwyciła patyka do mordy) i ponownie powiedziałem "Puść" i Kaja natychmiast wypluła go na ziemię. Do ostatecznego doskonałego opanowania tych komend wystarcza systematyczne codzienne ich stosowanie. Noszenie aportów (różnych, po pewnym czasie) Kaja dostaje jako wyróżnienie. Czasami jej tego pozbawiam i wiem, że ją to bardzo boli. Często się zatrzymuje i patrzy mi w oczy błagalnie, ale ja najczęściej pozostaję nieugięty.. Na ostatnim zdjęciu, po komendzie "Puść" patyk nie zdążył jeszcze dolecieć do ziemi..:
Wszystkim, którzy będą chcieli nauczyć swe pieski tych komend ("Weź","Puść") opisaną metodą chcę poinformować, że zdała ona egzamin w przypadku 8,5 miesięcznej Kaji, co nie oznacza, że sprawdzi się w przypadku każdego labka..
BlueDiego, dobre piwo stawiam jak będzie kiedyś okazja. Tego mi było trzeba. A ja się zastanawiałem właśnie jak dojść do tego aby Enzik niósł coś jak najdłużej.
BlueDiego,
Przy wyjściu z wąwozu, w odpowiednim miejscu patyk ostentacyjnie, na oczach Kaji schowałem w wysokiej trawie i mówiąc zwyczajowe "Idziemy do domu", zakończyłem spacer-szkolenie. Na drugi dzień spacer zacząłem od odnalezienia patyka i zacząłem go odtąd używać jako specjalnego aportu
Robiłam identycznie ale z plastykową butelką, którą Bora maltretuje podczas ćwiczeń. U nas komenda to "daj schowam " I chowam butelkę w krzaki.
Jak Bora zasłuży na coś podczas spaceru np. odwołam ją od psa to mówię "przynieś butelkę" a ona biegnie w miejsce gdzie ukryłam butlę i z zapałem szuka po krzakach .
Cytat:
Po tygodniu takich ćwiczeń Kaja niosła już "tego" patyka przez całą drogę, zarówno do lasu, jak i z lasu do domu:
Bora tak nosi wspomnianą butelkę po całym osiedlu. Czy Kaji też nic wtedy nie interesuje? nawet siusianie i kupkanie ?
Dla niej największa zabawa to wynoszenie makulatury albo plastyków do kontenerów. Zawsze daje jej np. kawał kartonu, z jakim zapałem niesie go do kontenera Ogon zadarty
Cytat:
Potem wprowadziłem "utrudnienia". Kazałem Kaji siadać w trakcie niesienia:
Też Ci pluła aportem podczas siadania? U nas to było mniej więcej tak "jak trzymam to nie siadam, jak siadam to pluję". Ale po tygodniach ćwiczeń udało się to opanować.
Cytat:
co nie oznacza, że sprawdzi się w przypadku każdego labka
Jak widać u nas podziałało, a Bora była wtedy młodsza, gdyż miała za bardzo ambitną pańcię
Mój labrador: Kaja
Suczka urodziła się:
04/09/2007
Wiek: 79 Dołączył: 28 Mar 2008 Posty: 351 Skąd: Lublin
Wysłany: 22-10-2008, 00:40
labi napisał/a:
BlueDiego, a o znajomych z Forum nie pomyślałeś?
Labi, sam sobie odjąłem z ust...
Bora napisał/a:
Też Ci pluła aportem podczas siadania? U nas to było mniej więcej tak "jak trzymam to nie siadam, jak siadam to pluję". Ale po tygodniach ćwiczeń udało się to opanować.
Za pierwszy razem (po wielu już pełnych marszach z patykiem) Kaja przy siadzie wypuściła patyka. I już do końca drogi go nie dostała, musiała go znosić koło nosa, w mojej dłoni. Następnego razu już nie było. Kaja siada i nawet siusia z patykiem w kufie, aby go nie stracić. Kopkania nie widziałem..
Bora, widzę że nasze doświadczenia praktyczne w części się pokrywają, co mnie cieszy. Szczerze Ci gratuluję..
-----------------------------
Opiszę mój sposób nauki Kaji chodzenia na smyczy w sposób, który ja preferuję: Kaja ma chodzić po mojej prawej lub po lewej stronie lekko z tyłu lub równo ze mną (z głową tuż przy moim kolanie, lub za kolanem), w dowolnym tempie (zarówno spacerowym jak i szybszym).. Sposób szkolenia: jak zwykle "w terenie", bez "smaczków" (których używanie "na polu" ograniczam do extraordynaryjnych przypadków, świadczących o mojej bezradności na danym etapie szkolenia i konieczności odwołania sie do żarłoczności stworzenia, w celu jego edukacji, czego bardzo nie lubię!).
Szkolenie rozpocząłem biorąc Kaję na "krótką smycz" (trzymałem ją w ręku w odległości 30-40 cm od głowy suni). I rozpocząłem spacer po chodniku, mając Kaję po prawej stronie, a smycz w prawej (silniejszej) ręce. Po prawej stronie chodnika znajdowała się siatka ogrodzeniowa parkingu osiedlowego. Ma ona długość około 150m po prostej. Jest to odcinek całkowicie odpowiedni do nauki chodzenia "po mojemu".Prowadząc Kaję nieco z tyłu po prawej, zbliżyłem się do siatki tak blisko, że dla Kaji nie starczyło miejsca na chód równo ze mną. Kaja wobec takiej sytuacji, najpierw spróbowała głową "się przebić" do przodu koło moich nóg, a potem spróbowała przejść z tyłu na drugą, lewą stronę. "Krótka smycz" nie pozwoliła jej i na to... Za każdą jej próbą wybrnięcia z tej sytuacji, mówiłem głośno "Kaja z tyłu!". Szedłem spacerowym, bardzo powolnym krokiem.. Ciągle bardzo blisko siatki.. Kaja nie miała wyjścia.. musiała się "ślimaczyć" za mną. Po dojściu do końca prostego odcinka siatki, przerzuciłem smycz do lewej ręki i Kaję na moją lewą stronę.. I znów spacer bardzo blisko siatki, z Kają próbującą mnie wyprzedzić lub zmienić stronę. W ten sposób przemaszerowałem z Kają pięć razy tam i z powrotem. Pod koniec Kaja już nie "walczyła" i potulnie dreptała za mną.. (Jakie zresztą miała inne wyjście?). Było to 1,5 km marszu według moich preferencji. Za szóstym razem zwiększyłem nieco odstęp od siatki ogrodzeniowej, tak, że Kaja mogłaby się zmieścić. Ale w chwili, gdy próbowała "dodać gazu" mówiłem głośno "Kaja z tyłu" i przysuwałem się do siatki, kleszcząc kaję kolanem (tuż za głową). Kaja się wycofywała. Po kilku takich próbach, już więcej tego nie próbowała tylko potulnie i z rezygnacją szła za mną.. Podjęła jeszcze kilka prób przejścia na przeciwną stronę, ale gdy i to zawiodło całkiem spasowała.. Po trzech przejściach wzdłuż siatki z odstępem, spacer zakończyłem powrotem do domu, starając się Kaję powstrzymać od wyprzedzenia mnie..
Po kilku tygodniach takich "spacerów" (wieczornych, "na kupę") Kaja na komendę "Kaja do tyłu" zaczyna iść za mną na smyczy.
Już bez żadnej siatki... I tak już jest od tej pory..
Chciałbym jeszcze dodać, że tym sposobem nauczyłem Kaję schodzić i wchodzić po schodach za mną. Po prostu schodząc w dół schodzę blisko prawej ściany (nie dając Kaji miejsca), a wchodząc do góry idę blisko lewej ściany, również mówiąc "Kaja z tyłu" gdy próbuje coś kombinować..
Podany przeze mnie sposób nauki labka chodzenia na smyczy z tyłu (lub równo ze mną), sprawdza się w 100% (przynajmniej dla psów od 9 miesiąca życia, nie klikerowych), co osobiście spraktykowałem. Tak też, korzystając z mojej rady, nauczyła chodzić swego Goldena - Clifforda znajoma z wąwozu..
BlueDiego, hym... dlaczego nie klikerowych? Ja uczyłam podobnie Borę, tyle że przy murze. Jedyną różnicą było to, że ja nagradzałam za zajęcie pozycji przy nodze dając smakole, a Ty wykorzystałeś (chyba) tzn uniemożliwienie. Czyli Kaja nie miała innego wyjścia jak dreptać za Tobą.
Jak to się sprawdza w praktyce? Jak Kaja zachowuje się np. podczas mijania psa?
Mój labrador: Kaja
Suczka urodziła się:
04/09/2007
Wiek: 79 Dołączył: 28 Mar 2008 Posty: 351 Skąd: Lublin
Wysłany: 22-10-2008, 18:03
Bora napisał/a:
BlueDiego, hym... dlaczego nie klikerowych?
Bora, ja nie wiem jak mogą się zachowywać pieski nagradzane "smaczkami" ("klikerowe") i dlatego nie włączyłem ich do 100% gwarancji powodzenia stosowania tej metody, łącznie z pieskami młodymi.. Mogą się np. "obrazić" na zmianę sposobu postępowania i odmówić współpracy.
Bora napisał/a:
Ja uczyłam podobnie Borę, tyle że przy murze. Jedyną różnicą było to, że ja nagradzałam za zajęcie pozycji przy nodze dając smakole, a Ty wykorzystałeś (chyba) tzn uniemożliwienie. Czyli Kaja nie miała innego wyjścia jak dreptać za Tobą.
Jak to się sprawdza w praktyce? Jak Kaja zachowuje się np. podczas mijania psa?
Jak już wielokrotnie pisałem, moje metody nie są klasycznie (idealistycznie) pozytywne.. Moim sposobem nie da się ćwiczyć przy murze! Jak bym Kaję "zakleszczał" kolanem uniemożliwiając jej olanie ćwiczenia? Siatka jest elastyczna i takie "zakleszczenie" nie sprawia pieskowi bólu, poza nieprzyjemnym doznaniem (mniej nieprzyjemnym od silnego szarpnięcia smyczą). Zresztą, na cała naukę, wystarczy to zrobić kilka razy..
Na przechodzące psy Kaja w zasadzie nie reaguje, chociaż ma kilka piesków (dwa ONy, Labek - suczka), których nie znosi, na nie warczy, szczeka i chce się do nich "dobrać". Z innymi ONami i Labkami świetnie się bawi.. Nie wiem co jest powodem takiego postępowania Kaji względem tylko tych piesków! Musiałbym być w jej skórze! Cóż bardzo daleko jej jeszcze do ideału!
Mogą się np. "obrazić" na zmianę sposobu postępowania i odmówić współpracy.
Masz rację. Mogą być w szoku, gdyż nie spotkały się wcześniej z taki sposobem szkolenia. Sama widzę po Borze, że nawet podniesiony głos wyprowadza ją z równowagi. I to właśnie często skłania mnie do rozważań na temat szkolenia pozytywnego. Bora uczona w wysoce pozytywny sposób często reaguje "niefajnie" na podniesiony głos, bo dla niej to coś nowego.
Bora zrobiła się strasznie agresywna. Nie możemy spokojnie minąć psa. Dlatego zapytałam czy to chodzenie przy nodze działa też przy psa. I widać działa.
Mój labrador: Kaja
Suczka urodziła się:
04/09/2007
Wiek: 79 Dołączył: 28 Mar 2008 Posty: 351 Skąd: Lublin
Wysłany: 22-10-2008, 21:48
Bora napisał/a:
Sama widzę po Borze, że nawet podniesiony głos wyprowadza ją z równowagi. I to właśnie często skłania mnie do rozważań na temat szkolenia pozytywnego. Bora uczona w wysoce pozytywny sposób często reaguje "niefajnie" na podniesiony głos, bo dla niej to coś nowego.
W tym właśnie widać diametralnie inny charakter naszych pupilek! Kaja jest suką o "twardym" charakterze, trudno ją wyprowadzić z równowagi. Taką ją właśnie kupowałem od hodowcy. Wybrałem najodważniejsze i najbardziej "ciekawe świata" szczenię z miotu..
Ostatnio zmieniony przez BlueDiego 22-10-2008, 21:55, w całości zmieniany 1 raz
BlueDiego, i tego zazdroszczę. Ja sama jestem dość "ostra" jeśli chodziło o szkolenie poprzednich psów, a dla Bory musiałam się "zmienić". Łatwo mi to nie przyszło. Nie raz mam ochotę zdrowo huknąć, ale to nie działa .
Mój labrador: Kaja
Suczka urodziła się:
04/09/2007
Wiek: 79 Dołączył: 28 Mar 2008 Posty: 351 Skąd: Lublin
Wysłany: 22-10-2008, 21:59
Jeden róg pogryzła, ale po stwierdzeniu, że w środku nie ma nic ciekawego, przestała go gryźć i mam go w niezłej kondycji do tej pory. Oczywiście kilka razy prałem..
Rozumiem. Bora podejmuje aport ale go memla cały czas w pysku, podgryza. Cały czas zaciska szczęki na nim, nawet w siadzie. I nie wiem jak ją tego oduczyć. Ten aport był już chyba 150 razy szyty i cerowany.
Dołączyła: 26 Sie 2008 Posty: 187 Skąd: okolice Krakowa
Wysłany: 22-10-2008, 23:45
Magda, jakiego przedmiotu używasz przy nauce aportowania? Mnie się wydaje że przedmioty miękkie, np. gryzaki prowokują do podgryzania. Na twardym, drewnianym koziołku można ćwiczyć niepodgryzanie uderzając lekko w główki koziołka - zazwyczaj powoduje to silniejsze zaciskanie zębów na aporcie i jest szansa na to by wyłapać moment nieruchomego trzymania i pochwalenia psa by zrozumiał że właśnie o to chodzi.
Ja wymyśliłam inny sposób - kładłam na nosie kawałeczek serka czy kiełbaski i jeśli spadł podczas memłania to szybciutko przydepnęłam, jeśli wytrwała chwilke nie ruszając mordą i smakołyk sie na nosie utrzymał - dostawała go w nagrode. Ta metoda jest dość trudna dla łakomych labków ale szybko się orientują za co jedzenie dostaną a za co nie.
Mój labrador: Kaja
Suczka urodziła się:
04/09/2007
Wiek: 79 Dołączył: 28 Mar 2008 Posty: 351 Skąd: Lublin
Wysłany: 24-10-2008, 18:48
Bora napisał/a:
Cały czas zaciska szczęki na nim, nawet w siadzie. I nie wiem jak ją tego oduczyć. Ten aport był już chyba 150 razy szyty i cerowany.
Bora, może spróbuj na dwa aporty? Gdy jeden rzucisz suni i ona będzie się na nim pastwić, pokaż jej wtedy ten drugi i rób wymachy ręką. Może to ją skusi i poprzedni aport zostawi. Wtedy po ten zostawiony trzeba pójść. Tak, bardzo żmudnie uczyłem Foksia aportowania dla mnie. Psa trzeba uświadomić, że pańcia daje suni aport, jeden, nawet drugi i chce mieć go z powrotem.. Gdy pies nie chce oddawać aportu, to lepiej jest budować u niego najpierw przynoszenie do pańcia i zostawianie go po pokazaniu drugiego.. Pokazywać drugi aport trzeba po powrocie do pańci z pierwszym...
Pozostaje jeszcze Twoja główna broń: "smaczki". Za nie sunia powinna oddawać wszystko..
Magda, jakiego przedmiotu używasz przy nauce aportowania? Mnie się wydaje że przedmioty miękki
Różnych. Próbowałam na koziołku, Bora nawet tego do pyska nie chce wziąć. Musi mieć jakiś dziwny smak. Próbowałam też na plastykowych przedmiotach, miękkiej gumowej piłce.
BlueDiego napisał/a:
Bora, może spróbuj na dwa aporty? Gdy jeden rzucisz suni i ona będzie się na nim pastwić, pokaż jej wtedy ten drugi i rób wymachy ręką. Może to ją skusi i poprzedni aport zostawi. Wtedy po ten zostawiony trzeba pójść. Tak, bardzo żmudnie uczyłem Foksia aportowania dla mnie. Psa trzeba uświadomić, że pańcia daje suni aport, jeden, nawet drugi i chce mieć go z powrotem.. Gdy pies nie chce oddawać aportu, to lepiej jest budować u niego najpierw przynoszenie do pańcia i zostawianie go po pokazaniu drugiego.. Pokazywać drugi aport trzeba po powrocie do pańci z pierwszym...
Pozostaje jeszcze Twoja główna broń: "smaczki". Za nie sunia powinna oddawać wszystko..
Próbowałam na dwa aporty. Działa niby, ale tylko na początku niestety. Bora się wycwaniła i wie, że to handel wymienny i pierwszego aportu nie zostawi, a czai się na drugi.
Poza tym ma głupi nawyk zwiewania z aportem. Czasem boję się ją puścić luzem, bo jak dorwie kija to spyla gdzie łapy poniosą.
Tzn. żeby było jasne. Formalny aport zrobi, ale to nudne jest strasznie. Takie sztywne, jak w wojsku i widzę, że robi to bo musi, bez emocji na zasadzie "noo dobraa masz tego kija" A kiedy wie, że to jest dla zabawy to robi sobie "jaja" i każe się gonić, pogryza, memla
Mój labrador: Kaja
Suczka urodziła się:
04/09/2007
Wiek: 79 Dołączył: 28 Mar 2008 Posty: 351 Skąd: Lublin
Wysłany: 04-12-2008, 01:57
W trakcie codziennych spacerów - szkoleń, przeprowadzanych już tylko w lesie Stary Gaj, do którego mam około 1,5 km drogi od domu, czekałem obserwując pilnie prognozy pogody na zapowiedź opadów śniegu. I w piątek 21 listopada doczekałem się! Będą duże opady od jutra (sobota 22.11.08)!!! Natychmiast podjąłem decyzję: jadę z Kają do Rudki, aby rozkoszować się wędrowaniem po świeżo ubranym w śnieżne okrycie "prawdziwym", pełnym dzikich zwierząt lesie.. Zadzwoniłem do szwagra i zaanonsowałem swoje przybycie na sobotę. Wieczorem w piątek i w nocy z piątku na sobotę, w Lublinie padał dość gęsty śnieg. Szwagier (też "czynny" myśliwy), poinformował mnie, że w niedzielę rano wybiera się z kolegami na polowanie (na dziki). "Serdecznie zapraszam Kaję, przyjedź z nią" - powiedział. Nie ma on jeszcze psa do polowań, po stracie swego wyżła szortkowłosego (padł ze starości, mając 12 lat). Kaję bardzo polubił..
O 4.00 rano w sobotę załadowałem tobołki i Kaję do mojego wysłużonego Opla Astry i trochę obawiając się o przejezdność dróg wyruszyłem do Rudki. Tym razem małżonka się uparła i mi towarzyszyła (chęć odwiedzenia siostry). Po pewnych tarapatach dojechałem jednak na miejsce już około 6.30. Szybko się przywitałem z kuzynostwem i razem ze szwagrem (i Kają) wyruszyliśmy do lasu. Znalazłem się w bajkowym, wspaniałym świecie. Piękny mieszany las dębowo-świerkowy tonący w świeżutkim śniegu. Zarówno ja, jak i szwagier byliśmy zauroczeni otoczeniem. Poniżej zdjęcia z komórki, które nawet w dziesiątej części nie oddają piękna śnieżnej przyrody:
Kaja jak szalona wariatka latała po śniegu, węszyła i tarzała się w puchu:
Po pierwszych zachwytach, zacząłem obserwować świeże ślady na śniegu. (Tu nasze szanse z Kają prawie sie wyrównały). Kaja je węszyła, ale niewiele z nich mogła sobie skojarzyć z ich właścicielami... Gdy zeszliśmy z przecinki leśnej, znaleźliśmy bardzo dużo śladów, od sarnich, lisich, borsuczych, kun leśnych, aż po ślady dzików i ... psów. Te ostatnie (poza lisimi), najbardziej intrygowały Kaję. Pies wyraźnie biegł (niedawno) po śladzie sarny.. Byłem zszokowany, nie przypuszczałem, że w tym lesie jest tyle dzikich zwierząt, ale ślady na śniegu nie kłamią.. Poniżej zamieszczam fotki śladów sarny:
Czas płynął nam szybko i nieubłagalnie, "Zrobiło się" południe i siedliśmy na wiatrołomie (zwalonym przez wichurę drzewie). Szwagier wyciągnął z torby zrobione przez siebie "po wojskowemu" kanapki (kromki grubości circa 3 cm) z kawałami wędzonego boczku,
ja zaś wyjąłem z chlebaka żubróweczkę.. Nie będę opisywał naszego szczęścia, bo po prostu się nie da.. W takiej scenerii, takie delicje !!! Kaja też dostała swoje "kulki", chociaż wyżebrała też kawałeczek boczku od pańcia.. Kaja zjada kulki w śnieżnej scenerii:
Kaja znów rozpoczęła intensywne węszenie śladów. Nie oddalała się jednak zbytnio, tylko dwa razy musiałem użyć gwizdka.
Oswaja się już ze świeżymi śladami zwierzyny leśnej, które już jej tak nie ekscytują. Kaja węszy widoczne liczne ślady:
Na obiad, około 15.00 wróciłiśmy do domu szwagra, szczęliwi i lekko "zmęczeni" (oczywiście oprócz Kaji).
Tak powitałem pierwszy śnieg..
p.s. Po wieczornej "poprawce", szwagier zrezygnował z udziału w polowaniu..
BlueDiego, czy trudniej wytropić psu zwierzynę ze śladów na śniegu?
Pytam, gdyż 5 lat temu miałam sukę mix jamnika z terierem... z dużym popędem myśliwskim. Zabierana do lasu lubiła tropić zwierzynę, jednak najlepiej jej to szło właśnie ze śladów pozostawionych na śniegu. Największą frajdę sprawiało jej tropienie królików czy zajęcy... szła po tropie jak zaczarowana.
Mój labrador: Kaja
Suczka urodziła się:
04/09/2007
Wiek: 79 Dołączył: 28 Mar 2008 Posty: 351 Skąd: Lublin
Wysłany: 05-12-2008, 12:34
Bora napisał/a:
czy trudniej wytropić psu zwierzynę ze śladów na śniegu?
Odpowiedź jest niby prosta, ale nie całkiem..
Otóż zapachy tropowe utrzymują się w "dołkach zapachowych" zdecydowanie dłużej w śniegu, mimo nawet wiejącego niedużego wiatru. Tym samym ślady są znacznie mocniejsze i skoncentrowane w tych dołkach. Pies ma dużą łatwość w ich węszeniu, jeżeli posługuje się wiatrem dolnym i nie zbacza ze ścieżki tropowej. Oddalenie się nawet nieznaczne od trasy ścieżki - powoduje utratę zapachu przez psa. Jamniki mają głowę zwieszoną z natury nisko, dlatego praca na śniegu jest dla nich łatwiejsza i przyjemniejsza. Z labkami już nie jest tak prosto. Lubią one węszyć, ale na śniegu muszą wypracować sobie nieco inną technikę węszenia (bardziej "dolną" i więcej "poszukiwania kontynuacji", czyli biegania "zakosami").
Gdyby pieski umiały jeszcze, w czasie tropienia, szukać śladów wzrokiem...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum